Zwierz w Dredach FCI


Idź do treści

Bagi

OWCZAREK NIEMIECKI-GERMAN SHEPHERD DOG

Już pomału zacierają się te pierwsze chwile naszego wspólnego, z Bagim, życia. Ale emocje, związane z naszym, nazwijmy to, poznaniem się, były silne i nie do zapomnienia.
Niedzielne przedpołudnie, koniec stycznia, pogoda bardziej listopadowa niż zimowa. Autostrada wokół Krakowa. Wracamy z giełdy w Balicach. Mżawka spod kół innych samochodów osiada wściekle na każdym milimetrze szyby. Zimno. Oby jak najszybciej do domu. Zakręt i lekki zjazd w dół. Więc szybciej. Nagle, na samym środku jezdni, majaczy z daleka jakiś kształt. Zbliżamy się szybkoi już widać, że to zwierzę. Hamulce lekko spowalniają bieg auta, z przerywanej linii autostrady podnoszą się do góry długie uszy na drobnym łebku. Reszty prawie nie widać. Teraz już hamuję na dobre i z awaryjnymi światłami zjeżdżam na pobocze zaraz za psem. Wypadam w mżawkę styczniowej słoty, młody wilczurowaty pies z jasną obrożą na szyi patrzy wokół zdezorientowanym wzrokiem, jakby nie wiedział co się dzieje dokoła niego. Macham nadjeżdżającym TIR-om, by nas objechały (skąd, u diabła, tyle ciężarówek w niedzielę na drodze?!), oglądam psiaka. Z pyska płynie krew, ciało jest dziwnie płaskie. Ale wytrzeszczone oczy mówią: ja żyję, jeszcze żyję, co się stało właściwie? Wracam do auta, wołam do Justyny: - bierzemy go! Łapię jakiś kawał materiału z bagażnika
i wykładam nim tylna kanapę. Ostrożnie unosimy biedaka z asfaltu (to chyba niedawno ktoś musiał go wyrzucić, jeszcze nawet nie nasiąkł mocno tą paskudną mżawką) i układamy na siedzeniu. Justyna siada z nim z tyłu. Ruszamy. Po krótkiej chwili zaczyna popiskiwać i próbować się przemieszczać. Na tapicerce pod boczną szybą zostają krwawe ślady. Ale krew to tylko z zewnętrznych obrażeń, o ile zdążyłem się zorientować przy oględzinach. Bok kufy jest zdarty i stąd krwawienie. Obroża z nowej, jasnej jeszcze skóry. Więc nie przybłąkał się na drogę (wokoło zaspy na ponad metr i żadnych domów blisko), ktoś musiał go wyrzucić z pędzącego auta, pewnie dlatego ma obdarty pysk. Teraz przychodzi efleksja: niedziela, południe jaka lecznica funkcjonuje o takiej porze? Więc telefon do kumpla z Krakowa. Dobra, zanim zjechaliśmy z autostrady już wiemy dokąd trzeba jechać. Rzut oka na plan miasta i w drogę. Pod koniec jazdy przypomniałem sobie, że byłem w tej lecznicy w ramach zajęć na uczelni. Tym łatwiej trafić.
- Dzień dobry panie doktorze mam tu psa z wypadku! - Proszę go zanieść do sali, zaraz przyjdę. Niesiemy. Czekamy, oglądamy dokładniej naszego znajdę. To pies (nie suka), tak na oko paromiesięczny, umaszczenie i maska typowe dla owczarka niemieckiego. Łapy w dysproporcji do ciała, na pewno jeszcze podrośnie. Nie wstaje, próbuje, ale nie potrafi się podnieść. Krew rzeczywiście tylko z obdartego pyska, na zewnątrz. Więc może w środku wszystko w porządku. Jest lekarz. Krótkiwywiad, no, ale sami niewiele wiemy. Jakiś pomocnik łapie psa za grzbiet i próbuje postawić. Pisk i psiak osuwa się na ziemię. Po obmacaniu wstępna diagnoza: być może złamana kość udowa. Jeśli nie wstanie do wieczora trzeba podejrzewać uszkodzenie kręgosłupa, więc do uśpienia. Zostawiam swoje
dane oraz podaję okoliczności znalezienia biedaka. Ostatnie spojrzenie i wychodzimy. Przed budynkiem zaczepia nas jakaś pani: - państwo znaleźliście go na drodze? I zabraliście? Dziękuję, nie każdego stać dziś na takie uczynki. Dziwne. Podziękowała nam. Mile połechtała nasze uczucie próżności, ale było to dziwne. Nie każdego stać dziś na zainteresowanie się czymkolwiek wokół, a już dziękować w imieniu psa? Wieczorem umówiony telefon do lecznicy. Nie wstaje, ale poczekamy do rana, jeśli się podniesie odstawiamy go do schroniska na Rybną. - Dobrze, zadzwonię rano. Nieśmiało podnoszę słuchawkę i wykręcam numer. To chyba wówczas zakiełkowała myśl o adopcji , jak to się ostatnio ładnie nazywa. No i wieść pomyślna pies w niezłym stanie, został już przekazany do azylu. - Numer? Dziękuję, do widzenia, wielkie dzięki, Panie Doktorze.
W schronisku nawet się zorientowali o które zwierzę chodzi. Bywa tam kilkaset zwierzaków, więc jest się czym zajmować. Rozmowa z panią weterynarz. Pies zostanie u nich dwa tygodnie, to jest przepisowy czas na szukanie prawowitego właściciela. - Obrażenia? Będziemy prześwietlać, to się wyjaśni. - Dziękuję, zadzwonię wkrótce. I już teraz wiem, mam pewność co do decyzji, że jeśli właściciel się nie znajdzie... Pozostaje urobić Rodziców. Przecież jeden pies jest już w domu! Po tygodniu drugi telefon. Dalej kuleje, nic więcej nie wiedzą. Można przyjechać na odwiedziny. Pierwsze wrażenie to smród. Cóż, jako zootechnik wiem doskonale, że mięsożerne w większej liczbie cuchną choćby lisy, których fermy muszą być w sporym oddaleniu od siedzib ludzkich. A tu 800 psów i kotów. Szwenda się parę osób. Wreszcie odnajduję panią, z która rozmawiałem telefonicznie. Pies jest w izolatce, na oddziale szpitalnym. Wchodzimy. Klitka pokryta kafelkami, dwa psy, jeden tak dobrze znajomy. Podpełza i łasi się machając ogonem. Czyżby pamiętał? Biedactwo zamiata zadem po ziemi. - Do widzenia, będę za tydzień!
Słoneczny dzień, podjeżdżamy z Justyną na parking schroniska. Wchodzimy. - My po psa, konkretnego, z wypadku. Czekać. Pod gabinetem lekarzy jeszcze ktoś. Po paru minutach z bocznych drzwi wyprowadzają naszego (NASZEGO) psiaka. Cieszy się, ogon wywija kółka, ale zad dziwnie ucieka ku dołowi z prawej strony. Wchodzimy do gabinetu. Nie, nie było prześwietlenia. Lekarz
obmacuje nogi i miednicę (pierwszy raz?! Podobno miał być badany?!). Chyba wszystko w porządku, potłuczenie. Wpis do książeczki: kulawizna lekkiego stopnia po urazie. - Co miał podawane? Chyba odrobaczony. - Dawałaś mu? lekarz odwraca się do dziewczyny z obsługi. - Tak, chyba dostał tabletkę - mało przekonująco potakuje (cóż, tyle obowiązków zapewne...) . Wpis o odrobaczeniu.
Aha, po multiwitaminie w zastrzyku spuchł wpis: uczulenie na multiwitaminę w iniekcji. Jeszcze dobrowolna wpłata na rzecz schroniska. Wychodzimy z tego zaduchu. W drzwiach mija nas jakaś rodzinka: "o, jaki ładny są jeszcze takie?" Rozbawili nas. Takich kulawych to chyba nie ma.
Jedziemy do Justyny. Psisko leży (to okaże się być jego ulubioną pozycją, szczególnie w samochodzie). Nie pamiętam kiedy nadaliśmy mu imię, ale chyba netowa dyskusja ze znajomymi odbyła się wcześniej. My zresztą, każde u siebie, spędziliśmy parę wieczorów ślęcząc nad różnymi pomocami ja wertowałem na przykład Słownik Wyrazów Obcych. Ale nie tylko. Nad inne ewentualne imiona wybił się w końcu Hetman, ale pomysł storpedowała Justyna. Ja w rewanżu storpedowałem Jej pomysł - no i wreszcie osiągnęliśmy konsensus. Baginiec - owo czarodziejskie miejsce na Zaolziu, dokąd wyjeżdżaliśmy całą ekipą znajomych do czasu zamknięcia ośrodka skróciliśmy do imienia Bagi. I tak już zostało.
I tu następuje właściwy początek naszej znajomości z owczarkiem niemieckim podarowanym nam przez... autostradę. Oczywiście zaraz wypstrykaliśmy pół filmu w aparacie. Popatrz, jak fajnie leży! Chodź, zobacz jak śmiesznie się odwrócił! Morda, jak dyszysz ot, taka normalna szajba świeżych właścicieli psiaka, który ze szczenięcą niewinnością i naiwnością poznawał nowy świat wokół siebie a my poznawaliśmy jego. Po pierwszej nocy (niezbyt spokojnej, Bagi piszczał i przemieszczał się) przyszła pora na podróż do Rzeszowa. Wieczorem dotarliśmy na miejsce, psisko szło za nami, ale na pierwszym piętrze odmówił współpracy i trzeba go było nieść na trzecie. Gdybyśmy wiedzieli wtedy dlaczego nie mógł iść ... ale o tym nieco później. Powitanie z Rodzicami i naszym starym psem Basterem. Baster, jako zasiedziały lokator o niezbyt towarzyskim charakterze, przyjął Bagiego z dumna obojętnością, powarkując jedynie gdy ten zbyt natrętnie chciał się z nim zaznajamiać. Po kilku dniach wizyta w lecznicy u kolegi - lekarza weterynarii. Tu szybka i konkretna decyzja: trzeba prześwietlić miednicę i stwierdzić nareszcie, co się dzieje. Bagi wciąż mocno utykał i zad leciał mu na prawa stronę. No i okazało się, że pies ma w dwóch miejscach złamaną miednicę oraz utrącony staw biodrowy.
Musieliśmy szybko zdecydować. Wskazania były jednoznaczne operacja. Nie ma co zwlekać, ustaliliśmy najbliższy dogodny termin. Po głupim jasiu Bagiemu obwisły powieki, wargi i w stanie zamroczenia zostawiliśmy go w lecznicy na czas zabiegu. Odebraliśmy go po jakiś dwóch godzinach. To była długa noc... Psisko po przyniesieniu do domu (Justyna podtrzymywała mu łeb kiedy go niosłem) było nieprzytomne - zaczął się tragikomiczny okres wybudzania z narkozy. Po południu było jeszcze w porządku. Od czasu do czasu wykazywał przebłyski świadomości i próbował wstawać, ale na spacer musiałem go wynieść. Za to nocą nie było chyba kwadransa, który bym przespał. Bagi, chwilami coraz bardziej świadomy, notorycznie próbował się gdzieś przemieszczać, co jednak zwykle kończyło się wejściem nosem w ścianę. Co chwila zrywałem się, świecąc światło, i układałem go z powrotem na posłaniu. Próżny trud! Po krótkim czasie rozpoczynał swoją wędrówkę na nowo z wiadomym skutkiem. Potem doszły jeszcze próby rozlizywania rany pooperacyjnej. Oczywiście w lecznicy zaopatrzyliśmy się w ów prześmieszny kołnierz plastikowy, w którym pies wygląda jak mobilna antena satelitarna. No i od rana nazajutrz zaczęła się jazda z tłuczeniem kołnierzem we wszystkie przeszkody po drodze. Mieszkanie małe, więc odgłos przemieszczającego się psa towarzyszył nam przez ładnych parę dni. Rana z początku była zaklejona, potem zrezygnowaliśmy z opatrunku. Wilczur na smyczy, w plastikowym kołnierzu i z wygolonym biodrem, na dodatek zacerowanym, wzbudzał na spacerach niemałą sensację!
Minęło parę tygodni, rana się zabliźniła, Bagi zaczął sprawnie i pewnie się poruszać. Akurat nadszedł czas naszego wspólnego z przyjaciółmi wyjazdu na narty do Czech. Na słynny Baginiec, od którego nasz pies zyskał swoje imię. Więc jakże mogłoby go tam zabraknąć? Zresztą Bagi od początku jeździł ze mną dosłownie wszędzie. No, oczywiście, głównie do Justyny, wówczas narzeczonej. Te sto pięćdziesiąt kilometrów mijało mi dużo szybciej w towarzystwie śpiącego (przeważnie) na tylnym siedzeniu Bagiego. Zawsze miałem ubaw, gdy po wejściu do auta psu odcinało zasilanie i momentalnie układał się do spania. Ale wróćmy do... Czech. Konkretnie na Baginiec. Stara drewniana szkoła u podnóża góry zwanej Bagińcem. Na szczycie spore murowane schronisko hotel,
gdzie pierwszy raz próbowaliśmy np. becherovki. Szalone wyjazdy grupy studentów... Wówczas studentów. Obecnie zaś zaprzyjaźnionego grona, które łączy w jedno Kraków, Rzeszów, Warszawę, Kopenhagę. Wszyscy pamiętają Bagiego z tych czasów. Leżącego w kącie i obserwującego przez całą noc rozbawione towarzystwo. Chodzącego z nami na wyprawy do położonego w dolinie Pisku i knajpy o nazwie Elko. Aportującego niezmordowanie każdy rzucony patyk, nawet konar, który wagą przewyższał samego psa. No i imiennika naszego wspólnego magicznego miejsca na tym świecie. Ukochanej starej drewnianej szkoły, spod której progu odjeżdża na górę wyciąg narciarski. "Chata pod Bagińcem - school
Po powrocie z Bagińca z niepokojem obserwujemy powracającą kulawiznę. Nie ma co czekać, trzeba do lekarza. Druzgocząca diagnoza: odłamał się fragment kostny. Powtórka z rozrywki. Narkoza, odpływający pies, operacja. No i wybudzanie z uśpienia, kolejna długa noc. Kołnierz już tak nie przeszkadza, ani nam, ani Bagiemu. Na spacerach znowu sensacja, tym razem prawie od początku rana bez zaklejania, za to spryskana specjalnym opatrunkiem w sprayu, który wygląda jak... srebrzanka. Mamy więc psa z metalizowanym wygolonym bioderkiem!
Teraz już rehabilitacja postępuje błyskawicznie. Zgodnie z sugestią lekarza, który zalecił pływanie, praktycznie codziennie jedziemy a to na żwirownię, a to nad Wisłok. Bagi to urodzony wodnik, nie ma więc mowy o zachęcaniu do pływania. No, może poza patyczkiem, który powraca do mnie w psim pysku z najdalszej zatoczki czy gęstwin sitowia. Dziesiąty, dwudziesty, trzydziesty raz... psisko tylko charczy, kiedy jakaś fala zaleje mu pysk, w którym dumnie unosi odnaleziony patyk. Na brzeg, otrzepać się (najlepiej w
bezpośrednim sąsiedztwie pana), położyć patyk u nóg. Teraz nerwowe dreptanie, próba złapania podnoszonego przeze mnie patyka, kilka błyskawicznych kółek wokół własnej osi i już! Patyk nie dotyka jeszcze powierzchni wody, kiedy Bagi dalekim skokiem (im wyższy brzeg, tym dłuższy skok w dal; 2-3 m) wpada w odmęty, wzbudzając spore fale. Wzbudza też moje rozbawienie i niezbyt przychylne spojrzenia wędkarzy, jeśli są w pobliżu. Swoją drogą: co oni wyciągają z tego bajora? Wisłok i żwirownia nie należą raczej do najbardziej ekologicznych łowisk, sądząc po kolorze i (nie)przejrzystości wody. Zresztą ich zmartwienie. My się świetnie bawimy, a sprawność psa powraca aż miło spojrzeć. Mamy takie nasze psie SPA :-)
Cały sezon spędziliśmy na wyprawach nad wodę. Bagi biega, skacze; jest tak pełen energii, że można zapomnieć o jego niewesołej przeszłości. Inni zauważają jego lekką kulawiznę dopiero, kiedy sam wspomnę, że ten szalony psiak uganiający się za rzucanym aportem, miał połamaną miednicę i nie posiada stawu biodrowego. Raz tylko zdarzyło się w parku, że mijający nas jegomość obrócił się za Bagim i spytał mnie o powód jego utykania. Widać znał się nieco lepiej na anatomii i był bardzo spostrzegawczy. Wraz z rehabilitacją postępowało również szkolenie. W końcu duży pies nie może być psem nieposłusznym.
Zresztą jaka to frajda, kiedy pies zaczyna rozumieć po kilku próbach czego się od niego chce. I z radością próbuje wykonywać polecenia, czasem postępując nadgorliwie lub nadpobudliwie. No, w końcu to owczarek niemiecki, a one uwielbiają się uczyć i największą radość sprawia im kontakt z człowiekiem. A jeśli jeszcze ten człowiek ma w ręku aport... pełnia szczęścia!
Tak mijał czas, weekendy spędzaliśmy u Justyny, od której odjeżdżaliśmy około 4:30 nad ranem w poniedziałek, by zdążyć przeskoczyć te 150 km i nie spoźnić się do pracy. Bagi jak zwykle, zaraz po wejściu do auta, zapadał w sen. Czas mijał, nadszedł czas zakupu gospodarstwa, o którym marzyliśmy. Po długich perturbacjach (prawie dwuletnich) udało się doprowadzić zakup do szczęśliwego finału. Jesień i zima przeszły na sporadycznych wizytach w naszym przyszłym domu. Bagi oczywiście od początku poczuł się jak u siebie. Rejon wokół domu został starannie zeksplorowany, a każda obca istota od początku ostrzegana była szczekaniem. Tu jest stróż! Nadeszła wiosna. Czas nadziei i... naszego ślubu. I tak, końcem kwietnia, na stałe przenieśliśmy się do naszego drewnianego domku. Bagi, stróż całą gębą. Wkrótce sporym wysiłkiem i z pomocą rodziny, postawiliśmy ogrodzenie, więc teren do pilnowania został dla Bagiego ostatecznie zdefiniowany. To jednak nie koniec zmian w jego życiu. W tym samym roku bowiem przywieźliśmy z Węgier naszego pierwszego komondora Hexę. Jako szczeniak namiętnie ganiała za biednym Bagim, wisząc mu u ogona. Szybko jednak urosła i już wkrótce była w stanie zatrzymać go w biegu swoim opatentowanym chwytem za ogon. A on? Znosił i znosi to dzielnie do dziś. Bo trochę małych komondorów przewinęło się już u nas od tej pory. Bagi jest dla nich takim fajnym wujkiem, z którym zawsze można się powygłupiać, a jemu, poza warczeniem, nigdy nie przyszło do głowy, by choćby skarcić któregoś z maluchów.

Dziś Bagi jest psem w doskonałej kondycji, choć nigdy nie udało mu się przytyć. Czujny stróż i wesoły, ciągle pełen niespożytej energii, towarzysz leśnych spacerów.

Oto on. Nasz Bagi. Dar krakowskiej obwodnicy. Przyjaciel.


Powrót do treści | Wróć do menu głównego